Gisèle Pelicot odrzuciła wstyd i oddała go gwałcicielom. Dziękujemy, Gisèle.

Mężczyzna, który gwałci kobietę, jest przestępcą i to on powinien się wstydzić, a nie jego ofiara.

W patriarchalnych społeczeństwach, a patriarchat w różnym natężeniu obecny jest na całym świecie, wstyd jest systemowym narzędziem sankcjonowania męskiej przemocy. Nie jest to kwestia lokalnej kultury czy stopnia rozwoju cywilizacyjnego; to uniwersalny mechanizm kontroli ofiar i gwarantowania bezkarności sprawcom. Wstyd jest formą psychicznego terroru, który izoluje kobiety, uniemożliwiając im walkę o podmiotowość. Gisèle Pelicot nie tylko stawiła czoło swoim oprawcom, ale uderzyła w sam fundament tego globalnego systemu, odmawiając przyjęcia wstydu, który patriarchat usiłował jej narzucić.

W grudniu 2024 roku Gisèle Pelicot miała 72 lata, gdy cały świat poznał jej historię. Przez pół wieku żyła z Dominikiem Pelicotem, mężem, ojcem jej trojga dzieci, człowiekiem, którego kochała i któremu ufała. Przez niemal dekadę, w latach 2011–2020, ten sam człowiek regularnie odurzał ją środkami uspokajającymi, gwałcił i zapraszał do ich domu w małym prowansalskim miasteczku Mazan obcych mężczyzn, by gwałcili ją, gdy była nieprzytomna. Wszystko nagrywał i fotografował, skrupulatnie katalogując materiały w folderze o nazwie „Abus” — po francusku: nadużycia.

Gisèle skarżyła się na luki w pamięci i bała się, że ma początki choroby Alzheimera. Tego dnia, kiedy zadzwonił telefon z policji, czuła się nie najlepiej.

Przypadkowe odkrycie

W 2020 roku, przez przypadek, Dominique Pelicot został zatrzymany za tzw. upskirting, czyli ukradkowe fotografowanie kobiet pod spódnicami, w lokalnym supermarkecie. Podczas przeszukiwania jego komputera policja odkryła ponad 20 tysięcy fotografii i filmów dokumentujących to, co przez lata robił Gisèle.

W ciągu dziesięciu lat w procederze zorganizowanym przez Dominique’a Pelicota wzięło udział ponad 70 mężczyzn. Większość udało się zidentyfikować dzięki danym zabezpieczonym na jego komputerze.

Gisèle dowiedziała się o wszystkim od policjantów, kiedy razem z mężem została wezwana na komisariat, dwa miesiące po jego pierwszym zatrzymaniu. Uważała go za dobrego męża, troskliwego człowieka. Postanowiła wybaczyć to, co zrobił w sklepie, pod warunkiem, że nigdy się to nie powtórzy. Dziś mówi o nim wyłącznie per „monsieur Pelicot”.

51 mężczyzn na ławie oskarżonych

We wrześniu 2024 roku przed sądem w Awinionie rozpoczął się proces, który wstrząsnął Francją i odbił się echem na całym świecie. Na ławie oskarżonych zasiadł Dominique Pelicot i 50 innych mężczyzn — z wyjątkiem jej męża, wszyscy całkowicie obcy dla Gisèle.

Kim byli ci mężczyźni? Tak zwanymi zwykłymi ludźmi. Sąsiadami, ojcami rodzin wielodzietnych, pracownikami zakładów usługowych. Wśród gwałcicieli znaleźli się między innymi: były żołnierz, pracownik służby zdrowia, były policjant, elektryk, informatyk. Wiek: od 22 do 70 lat. Żaden z nich nie przypominał „potwora”. I właśnie to jest najbardziej przerażające.

Wielu oskarżonych nie przyznało się do zarzucanych im czynów. Argumentowali, że „nie był to gwałt, jeśli mąż wyraził na to zgodę”. Argument, że zgoda partnera zastępuje zgodę samej ofiary ujawnił sposób w jaki część społeczeństwa rozumie przemoc seksualną, relacje między kobietą i mężczyzną oraz pojęcia zgody i przyzwolenia. Kilku mężczyzn broniło się twierdząc, że myśleli, że to taka gra, że nieprzytomna kobieta o wszystkim wie i godzi się na to. Żaden jednak nie potrzebował jej o to zapytać, upewnić się.

19 grudnia 2024 roku sąd skazał Dominique’a Pelicota na maksymalną karę 20 lat więzienia. Za winnych popełnienia gwałtu, próby gwałtu lub napaści seksualnej uznano wszystkich pozostałych 50 oskarżonych.

Decyzja, która zmieniła wszystko

Oprócz okrucieństwa i perwersyjności samej zbrodni, zdziwienie i niedowierzanie wzbudziła postawa samej ofiary, Gisèle Pelicot. Jako ofiara gwałtu miała prawo do anonimowości. Mogła domagać się zamkniętego procesu. Nikt nie oczekiwał, że wybierze rozgłos i zrezygnuje ze swojej prywatności, przestanie chronić resztki spokoju, na jakie mogla liczyć. Jednak ta drobna, spokojna, delikatna osoba zdecydowała inaczej.

Jak mówi w wywiadach, początkowo chciała by proces odbywał się za zamkniętymi drzwiami. Ale pewnego dnia, usłyszała od córki „mamo, milcząc wyświadczasz im wszystkim ogromną przysługę” i Gisèle uświadomiła sobie, że jej córka ma rację. Że wstyd, który zostaje z ofiarą gwałtu, sprawia, że została podwójnie skrzywdzona. Że jednostkowa walka z tym wstydem, staje się również walką dla wszystkich innych kobiet w podobnej sytuacji.

– Kiedy weszłam na salę przesłuchań 2 września, z 45 obrońcami i 51 oskarżonymi, nikt nie spodziewał się tego, co się stanie. Kiedy wszedł przewodniczący sądu i poprosił: Panie i Panowie dziennikarze, to jest zamknięte przesłuchanie, proszę opuścić salę, dwoje moich prawników wstało i powiedziało „Wysoki sądzie, nasza klientka rezygnuje z prawa do zamkniętego przesłuchania.”. I wtedy zobaczyłam jak patrzą na mnie obrońcy. Gapili się, że „Odważyła się to zrobić!”. – mówi Gisèle Pelicot w wywiadzie dla New York Times’a.

Dziękujemy Gisèle

Postanowiła nie ugiąć się przed wstydem, stawić czoło oprawcom i w ten sposób również dać sobie szansę na uzdrowienie. Powiedziała wprost: „to gwałciciele powinni się wstydzić, nie ja”.
Zgodziła się również, by drastyczne nagrania wykonane przez jej byłego męża były pokazywane w sali sądowej w obecności dziennikarzy, publiczności, przed całym światem.

Siedziała na sali, zwrócona twarzą do oskarżonych, przez wszystkie miesiące procesu. Na pierwszej rozprawie, mogła także zobaczyć ich twarze, kim byli. Słuchała ich zeznań, usprawiedliwień, zeznań ich żon, narzeczonych i matek.

Po ogłoszeniu wyroku powiedziała: „Myślę o tych wszystkich nigdy nie uznanych nigdy ofiarach gwałtu, o historiach, które często rozgrywają się w cieniu. Chcę, żebyście wiedziały, że prowadzimy wspólną walkę.”

Proces gwałcicieli Gisèle Pelicot prócz uwagi mediów z całego świata, przyciągnął również uwagę wielu innych kobiet, które od tamtej pory okazywały jej nieustannie wsparcie i podziw. Gisèle otrzymała tysiące listów z całego świata od kobiet, które dziękowały jej za jej odwagę.

Co trzecia kobieta, ale wszystkie wiemy, że więcej

Historia Gisèle Pelicot jest wyjątkowa pod względem skali i brutalności. Ale mechanizm, który ją umożliwił, nie jest wcale wyjątkowy.

Przemoc seksualna w związkach jest jedną z najrzadziej zgłaszanych form przemocy na świecie, mimo że z danych szacunkowych wynika, iż wydarza się bardzo często. Dzieje się w domach, w tak zwanej sferze prywatnej, w której kobieta zostaje sama, zdana na łaskę i niełaskę partnera. Sprawcy pozostają niewidoczni dla systemu, ponieważ funkcjonują jako „normalni ludzie”: mężowie, ojcowie i szanowani obywatele.

Ofiary milczą, paraliżowane wstydem, który społecznie wciąż jest przerzucany na nie, a nie na sprawców. Często nie są świadome bycia ofiarą, ponieważ systemowo uczy się kobiety marginalizowania własnego dyskomfortu na rzecz „pokoju domowego”. Boją się, że nikt im nie uwierzy, że zostaną uznane za histeryczki lub kłamczuchy, a konfrontacja z aparatem państwowym jest dla nich procesem wyczerpującym i upokarzającym.

Odurzanie partnerki, by można ją było skrzywdzić bez jej wiedzy i zgody, nie jest rzadkością, lecz systematycznie niedoszacowaną metodą sprawowania kontroli. Wykorzystanie substancji chemicznych służy nie tylko ubezwłasnowolnieniu, ale przede wszystkim odebraniu kobiecie dostępu do własnej pamięci.

Ofiara budzi się bez wspomnień i bez twardych dowodów, co sprawcy wykorzystują do stosowania gaslightingu, wmawiając partnerkom zmęczenie lub problemy psychiczne. W patriarchalnym układzie sił, gdzie brak fizycznych śladów walki był przez dekady interpretowany jako brak przestępstwa, taka forma przemocy pozwalała oprawcom na wieloletnią bezkarność pod osłoną małżeńskiej prywatności.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i raportów UN Women dostępnych w marcu 2026 roku, jedna na trzy kobiety na świecie doświadczyła w swoim życiu przemocy fizycznej lub seksualnej, przy czym w ogromnej większości przypadków sprawcą był obecny lub były partner. Statystyki dotyczące samego gwałtu małżeńskiego wskazują, że dotyka on od 10% do 15% kobiet w populacji ogólnej, jednak są to liczby drastycznie zaniżone.

Kultura gwałtu i pojęcie zgody

Proces w Awinionie odsłonił coś, o czym wiele kobiet wiedziało od dawna, a o czym wciąż zbyt mało się mówi: że przemoc seksualna jest możliwa nie tylko dlatego, że istnieją jednostkowe „potwory”, ale dlatego, że istnieje kultura i system, które ją umożliwiają, w których pełni ona ważną społeczną funkcję i jest stałym elementem porządku społecznego.

Argument obrony „mąż wyraził zgodę, więc nie był to gwałt” nie był wymysłem jednego prawnika. Powtórzyło go wielu oskarżonych, niezależnie od siebie. I nie była to aberracja, ale objaw głębszego problemu: przekonania, że ciało kobiety należy do jej partnera, że jego zgoda zastępuje jej własną, że nieprzytomna kobieta nie jest ofiarą, dopóki nikt jej o tym nie powie.

Proces w Awinionie stał się bezpośrednim katalizatorem uchwalenia ustawy z dnia 6 listopada 2025 roku (tzw. Loi Pelicot), która dokonała historycznej rewolucji w francuskim prawie karnym.
Ta zmiana oznacza przejście z „kultury gwałtu”, w której ofiara musiała udowodnić, że jest ofiarą, że walczyła, do „kultury zgody”, gdzie to na sprawcy spoczywa odpowiedzialność za uszanowanie autonomii drugiej osoby.

Nowy standard prawny we Francji

Najważniejszą zmianą jest odejście od archaicznej definicji gwałtu opartej wyłącznie na dowiedzeniu „przemocy, przymusu, groźby lub zaskoczenia”.

Kluczowe zmiany wprowadzone do kodeksu obejmują między innymi wprowadzenie definicji pozytywnej zgody. Za zgodę uznaje się akt wolny, świadomy, konkretny, uprzedni i odwoływalny. Oznacza to, że brak wyraźnego sprzeciwu, milczenie czy stan odurzenia (jak w przypadku Gisèle) nigdy nie mogą być interpretowane jako przyzwolenie.

Ustawa jasno precyzuje, że zgoda nie może być wywnioskowana z samej relacji (np. małżeństwa) ani z braku fizycznego oporu ofiary. Ciężar dowodu w procesach o gwałt przesunął się zatem w stronę wykazania, że sprawca podjął realne kroki, by upewnić się, czy partnerka wyraża chęć na dany akt.

Do definicji gwałtu włączono bez żadnych dwuznaczności wszystkie akty penetracji (również te z użyciem przedmiotów) oraz akty oralno-genitalne, jeśli odbyły się bez zgody.

W końcu prawo wprost penalizuje argumentację, którą posługiwali się oskarżeni w procesie Pelicot, że zgoda partnera (męża) zastępuje zgodę ofiary. Taki czyn jest obecnie traktowany jako gwałt zbiorowy ze szczególnym okrucieństwem.

Mimo wejścia ustawy w życie, we Francji trwa intensywna debata nad jej egzekwowaniem. Organizacje kobiece wskazują, że sama zmiana zapisu w Kodeksie karnym to dopiero początek. Teraz kluczowe jest przeszkolenie policji i sędziów, aby przestali szukać winy w zachowaniu ofiary, a zaczęli rzetelnie badać brak zgody sprawcy.

W Polsce i we Francji, po wprowadzeniu definicji gwałtu opartej na zgodzie w 2025 roku, liczba zgłoszeń dotyczących przemocy seksualnej w związkach wzrosła o blisko 30%. Nie wynika to z nagłego wzrostu agresji, lecz z faktu, że nowe prawo i nagłośnienie spraw takich jak proces Gisèle Pelicot dały ofiarom narzędzia do nazwania swoich doświadczeń zbrodnią.

Wstyd zmienia strony

Przewodnicząca francuskiego Zgromadzenia Narodowego Yaël Braun-Pivet napisała po ogłoszeniu wyroku: „Dziękujemy ci, Gisèle Pelicot, za twoją odwagę. Dzięki tobie głos tak wielu ofiar jest dziś słyszany, wstyd zmienia stronę, tabu zostaje przełamane. Świat nie jest już taki sam dzięki tobie.”

Za swoją determinację Gisèle Pelicot została odznaczona Legią Honorową, najwyższym francuskim odznaczeniem. Napisała też książkę, której tytuł w angielskim tłumaczeniu brzmi: Hymn do życia: wstyd musi zmienić strony.

– Mam szczęście, że przeżyłam – mówi w jednym z wywiadów Gisèle Pelicot.

Jak sama mówi, zawsze była aktywną, silną osobą i optymistką. Niedawno znów się zakochała.

Tekst: Marta Róż

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *